Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

5.2.12

Okazywanie szacunku

Zasadą całego, bardzo ważnego ceremoniału okazywania szacunku ludziom społecznie wyżej postawionym jest wyobrażenie, że osoba szlachetnego pochodzenia musi fizycznie wznosić się ponad społecznie niższe od siebie otoczenie. W obecności osoby ze szlachetnego rodu wszyscy niżsi od niej rangą obowiązani są, zależnie od stopnia niższości swego pochodzenia, albo skłonić głowę, albo pochylić ciało, albo przykucnąć. Lecz pod żadnym pozorem niczyja głowa nie może wznosić się ponad głowę wodza. (...) Jeśli zwyczajny obywatel przechodzi koło grupy szlachetnie urodzonych, którzy siedzą na ziemi, musi już z daleka wołać: tokay, wstań. Wówczas wodzowie natychmiast zrywają się i stoją, dopóki ów schylony nie przejdzie mimo. Można by się spodziewać, że krajowcy będą starali się jakoś omijać ten dość kłopotliwy ceremoniał hołdowniczy; to jednak się nie zdarza. Wielokrotnie, siedząc we wsi i prowadząc rozmowy z wodzem, obserwowałem, jak przechodzący przez lasek zwyczajni obywatele bez względu na to, jak często przechodzili, za każdym razem wołali tokay, na co wódz powstawał, a oni skuleni wolno nas mijali.


Bronisław Malinowski, Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji (oryg. The Sexual Life of Savages in North-Western Melanesia) tłum. Józef Chałasiński i Andrzej Waligórski


Jakbym była wodzem, to chyba nie chciałoby mi się wstawać za każdym razem, jak przechodzi koło mnie jakiś robaczek - niech pełza, a co.

28.9.10

O rozpoznawaniu emocji

Dyskrecja i młyn codziennego życia sprawiają, że ludzie nie zwracają większej uwagi na wyraz twarzy innych. Ekman sądzi, że "oduczamy się" rozpoznawać gesty mimiczne, ponieważ mieszkamy w świecie radykalnie różniącym się od tego, w jakim takie gesty się wykształciły. Zamiast przez całe życie przebywać wśród dobrze znanych twarzy członków plemienia, każdego dnia spotykamy setki nowych twarzy. Uczymy się radzić sobie z takim natłokiem, nie zwracając uwagi na twarze obcych i unikając naruszania ich prywatności.

Richard Conniff, Korporacyjne zwierzę (oryg. The Ape in the Corner Office)

14.4.10

Wskazówki i ostrzeżenia

Należy dopilnować aby dzieci, a także dorośli nie jedli roślin akwariowych. Po ich spożyciu mogą wystąpić istotne zaburzenia zdrowotne.

Peter Stadelmann, Akwarium

13.3.10

O wyborze

Nie pozostawiajmy tu żadnych niedomówień: dzisiaj, w płynnej fazie nowoczesności - podobnie jak kiedyś, w fazie bytów solidnych - indywidualizacja jest losem człowieka, a nie wyborem. W świecie wolności wyboru indywidualnego nikt nie może uniknąć indywidualizacji ani odmówić udziału w powszechnej "grze w indywidualność". Niezależność i samowystarczalność jednostki mogą się przy tym okazać kolejnym złudzeniem. To, że ludzie nie mają już kogo winić za swoje niepowodzenia i kłopoty, nie musi wcale znaczyć, że potrafią obronić się przed niepowodzeniami za pomocą domowych środków, lub jak baron Münchhausen, samemu wyciągnąć się z kłopotów za włosy. Jeżeli zachorują, mówi się im przecież, iż stało się tak dlatego, że nie dość skutecznie i pilni dbali o swoje zdrowie; jeżeli nie mogą znaleźć pracy, to widocznie nie nauczyli się pisać podań, nie potrafili zabiegać o sukces w selekcji kandydatów, nie starali się dostatecznie mocno o jej znalezienie albo po prostu są leniwi; jeżeli drżą o swoją przyszłość zawodową i zadręczają się myślą o jutrze, to widocznie nie potrafią zjednywać sobie przyjaciół i wpływać na ludzi, a to oznacza, że nie opanowali - mimo iż powinni - sztuki autoekspresji i subtelnego narzucania swojej woli innym. Ponieważ słuchają tego na okrągło, przywykli w to wierzyć i zachowują się tak, jakby w tym właśnie tkwiła istota problemu. Beck wyraża tę prawdę trafnie a dobitnie, pisząc, że "życie człowieka staje się próbą biograficznego rozwiązywania systemowych sprzeczności". Ryzyko i sprzeczności są nadal wytworem społeczeństwa, ale obowiązek i konieczność radzenia sobie z nimi przenosi się na barki poszczególnych jednostek.

Zygmunt Bauman, Płynna nowoczesność (oryg. Liquid Modernity)

16.2.10

O dziwieniu się

Byłem bardzo samotnym małym Muminkiem, jak to często bywa w przypadku posiadaczy wybitnych uzdolnień. Nikt się na mnie nie poznał ani nawet ja sam. Zauważyłem, oczywiście, różnicę między mną a innymi Muminkami. Polegała ona przede wszystkim na ich pożałowania godnej niezdolności do zastanawiania się i dziwienia.
Potrafiłem, na przykład, pytać Ciotkę Paszczaka, dlaczego wszystko jest tak, jak jest, a nie odwrotnie.
- To by dopiero ładnie wyglądało! - odpowiadała. Czyż nie jest dobrze tak, jak jest?
Nigdy nie otrzymywałem od niej wyczerpujących wyjaśnień i utwierdzało mnie coraz bardziej w przekonaniu, że Ciotka zawsze usiłuje robić wszystko byle jak. Wiadomo zresztą, że dla Paszczaków nie ma żadnego znaczenia: co – kiedy i kto – jak.
Zdarzało się, że pytałem ją, dlaczego ja jestem sobą, a nie kimś całkiem innym.
- Prawdziwy pech, twój i mój! Myłeś się już? - to byłą cała jej odpowiedź.
Lecz ja pytałem dalej:
- A dlaczego pani jest Paszczakiem, a nie Muminkiem?
- Bo moi rodzice byli Paszczakami, dzięki Bogu – odpowiadała.
- A ich tatuś i mamusia? - zastanawiałem się.
- Paszczakami, rzecz jasna – oburzała się. - Tak samo jak ich tatusie i mamy, i tych tatusiów i mam tatusie i mamy, i tak dalej, i tak dalej, a teraz idź się umyć bo inaczej zwariuję.
- To niesamowite – dziwiłem się. - Oni się nigdy nie kończą? Przecież kiedyś musiało się zacząć od pierwszego tatusia i pierwszej mamy?
- To było tak dawno, że nie ma co sobie tym głowy zawracać – odpowiadała Ciotka Paszczaka. - Zresztą, dlaczego mieliby się kończyć?
Ogarniało mnie wówczas mgliste, lecz uporczywe uczucie, że cały szereg tatusiów i mam mnie dotyczących był czymś jedynym w swoim rodzaju. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby na moim powijaku była wyhaftowana korona królewska. Lecz niestety!
Którejś nocy śniło mi się, że przywitałem się z Ciotką Paszczaka, trzymając ogonek pod nieodpowiednim kątem, to znaczy siedemdziesięciu stopni. Opowiedziałem jej mój przyjemny sen i zapytałem, czy ją rozgniewał.
- Sny to zawracanie głowy – odparła.
- A skąd to wiadomo? - nie dawałem za wygraną. - Może Muminek, który mi się śnił, jest tym właściwym, a ten, który tu stoi, tylko się pani śni?
- Niestety, nie! Nie mam wątpliwości, że istniejesz – rzekła Ciotka Paszczaka zmęczonym głosem. - Ja nie nadążam za tobą! Przyprawiasz mnie o ból głowy! Co z ciebie będzie w tym niepaszczackim świecie?
- Będę sławny – odparłem poważnie. - A poza tym wybuduję dom dziecka dla Paszczaków podrzutków. I wszystkim im będzie wolno jeść w łóżku chleb z miodem i trzymać pod łóżkiem zaskrońce i skunksy!
- One na pewno nie będą chciały – zapewniła mnie Ciotka Paszczaka.
Niestety, chyba miała rację.

I tak przeminęło moje wczesne dzieciństwo w ustawicznej cichej zadumie. Dziwiłem się wciąż i bez przerwy i ciągle powtarzałem pytania na temat: „co – kiedy” i „kto – jak?”.
Ciotka Paszczaka i jej zdyscyplinowane podrzutki unikały mnie, jak tylko mogły, bo słowo „dlaczego” wyraźnie wprowadzało je w zakłopotanie. Toteż snułem się samotnie po nadmorskim bezdrzewnym pustkowiu otaczającym dom i rozmyślałem nad pajęczynami i gwiazdami, nad małymi stworzonkami o zakręconych ogonkach, uwijających się w kałużach, i nad wiatrem, który wiał z różnych stron i zawsze miał inny zapach (później dopiero miałem się dowiedzieć, że uzdolniony Muminek zawsze dziwi się temu, co wygląda na oczywiste, natomiast absolutnie nie widzi nic dziwnego w tym, co zwyczajnemu Muminkowi wydaje się niezwykłe). Był to okres pełen melancholii.

Pamiętniki Tatusia Muminka, Tove Jansson, tłum. Teresa Chłapowska

27.1.10

Kruk

Zaczął sypać drobny śnieżek. Potem przestał i tylko wiatr delikatnie kołysał czubkami drzew. Trawa, nieopadłe jeszcze liście, gałęzie – wszystko spłowiałe, poszarzałe z zimna. Las był ciągle bogaty i piękny, tyle że już opuszczony i smutny.
Kruk siedział na gałęzi i snuł swe odwieczne rozmyślania.
„I znowu zima – myślał Kruk. – Znowu śnieg przysypie i ubieli wszystko, świerki pokryje szron, a mróz sprawi, że gałązki brzóz będą kruche jak szkło. Zaświeci słońce, lecz blado i na krótko, a o wczesnym zmierzchu latać będziemy tylko my – kruki. Latać i krakać.”
Zapadał zmierzch.
„Polecę” – zdecydował Kruk i nadspodziewanie lekko zsunął się z wygrzanego miejsca. Leciał, prawie nie poruszając skrzydłami, bez trudu odnajdując drogę wśród drzew.
„Ani żywego ducha – westchnął. – Gdzie się wszyscy podziali?”
Rzeczywiście, las był pusty i szary.
- Sza-r-r-r-y! – głośno powtórzył Kruk, siadając na starym pniu pośrodku polany. Poruszył głową, spoglądając uważnie swymi niebieskimi oczyma.
- O, wrona! – powiedział Miś do Jeżyka.
- Gdzie?
- Tam, na pniu.
- Siedzieli pod rozłożystym świerkiem i patrzyli, jak las pogrążą się w szarym zmierzchu.
- Chodź, pójdziemy nią porozmawiać – zaproponował Jeżyk.
- A co jej powiesz?
- Nic takiego. Zaproszę ją na herbatę. Powiem: „Robi się późno, chodźmy, Wrono, na herbatę.”
- Dobrze – zgodził się Miś.
Wygramolili się spod gałęzi i podeszli do Kruka.
- Robi się późno – powiedział Jeżyk. – Zapraszamy, Wrono, na herbatę.
- Jestem Kr-r-r-ukiem – powoli i ochryple powiedział Kruk. – I nie pijam herbaty.
- Mamy tez konfiturę z malin – dodał Niedźwiadek.
- I grzybki.
Kruk utkwił w nich swoje niezmienne, kamienne spojrzenie i pomyślał „E-he-heh!”
- Nie pijam herbaty – powtórzył.
- Możemy poczęstować cię miodem – obiecał Miś.
- Mamy borówki i żurawiny – dodał Jeżyk.
Kruk nie odezwał się. Ciężko poruszył skrzydłami i popłynął nad polaną. W gęstniejącym mroku, z rozpostartymi skrzydłami wydawał się tak ogromny, że Jeżyk i Niedźwiadek aż przykucnęli wrażenia.
- To ci Wrona! – westchnął z szacunkiem Miś. – I ktoś taki miałby z nami pić herbatę!
- To jest on – Kruk – poprawił go Jeżyk.
- Przecież mówię. „Zaprośmy, zaprośmy!” – przedrzeźniał Jeżyka. – No i zaprosiliśmy.
- I co z tego – odparł Jeżyk. – On się oswoi. Wyobraź sobie tylko: zawsze sam i sam. Następnym razem na pewno się zgodzi…
Już prawie w całkowitych ciemnościach Kruk leciał nad polami, widział jakieś odległe światełka i o niczym nie myślał, tylko szeroko i mocno podnosił i opuszczał skrzydła.
Siergiej Kozłow, Ostatnia jesienna piosenka

24.1.10

Pewnego dnia skończył się Internet...

...i zaczęłam czytać książki:


Harry zastaje Gwen w łóżku z Tobiaszem i jest tym zaskoczony. Mówi do siebie: Jestem zaskoczony. Jego mina zdaje się to potwierdzać. Z niedowierzaniem przygląda się swojej twarzy w łazienkowym lustrze. Odczuwa głęboką melancholię połączoną z nieufnością. Jakie to skomplikowane, myśli. Czy nie dowierzam swojej melancholii, czy też może jestem melancholijny na skutek nieufności.

*

Otwarcie okna i wpuszczenie do środka zimnego powietrza oznacza zainicjowanie procesu o nieodwracalnych konsekwencjach. Gdy świadomość oderwie się od wizualnej implozji, komórki mózgowe zaczynają bezładnie przesyłać sobie we wszystkich kierunkach pilne informacje... następuje coś w rodzaju paraliżu. Zamiar zastyga w niepewność. Ludziom wydaje się, że panują nad otwieraniem i zamykaniem okien... czynności te kształtują w nich mylne poczucie pewności, które nieuchronnie wywołuje dalekosiężne reperkusje. Mężczyźni w ogóle się nad tym nie zastanawiają, kiedy nocą żony proszą ich o zamknięcie okna. Nadzy wyskakują z łóżka... niektórzy nigdy nie docierają do okna... inni nie wracają... Któż jest w stanie ocenić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi na przestrzeni między łóżkiem i otworem w ścianie.

*

Wszystko, co wydarza się po raz drugi, jest nieznośnie znajome, oprócz jazdy przez tunel. Ludzie jakoś ją tolerują, gdyż przerywa słoneczną monotonię. Siedzą w samochodach i myślą.

Walter Abish, "Konfiguracje" z tomu Klucz do alfabetu, tłum. Janusz Semrau oraz Marek Wilczyński


Gdybym miała zostać pisarzem (czemu pisarką brzmi mniej poważnie?), chciałabym pisać właśnie tak.

6.1.10

Niebo jest dla niedopasowanych

I always used to think that Heaven is a place for people who've spent their whole life being good, but it isn't. God is too merciful and kind to make a decision like that. Heaven is simply a place for people who were genuinely unable to be happy on earth. They told me here that people who kill themselves return to live their life all over again, because the fact they didn't like it the first time doesn't mean they won't fit in the second time. But the ones who really don't fit in the world wind up here. They each have their own way of getting to Heaven.
Etgar Keret, "Pipes" z tomu The Bus Driver Who Wanted to Be God, tłum. Miriam Shlesinger

27.12.09

Przepisywanie historii według Azteków

Huitzilopochtli
(źródło obrazka)

Jak podają relacje, zgromadzili się wówczas możni panowie azteccy z królem i Tlacaelem na czele i powzięli decyzję spalenia wszystkich kodeksów zarówno własnych, jak i należących do zwyciężonych Tepaneków.

Motywem tak radykalnej uchwały była chęć zniszczenia istniejących źródeł mówiących o skromnych początkach dziejów Azteków i równoczesne pragnienie stworzenia nowej wersji własnej historii, której prawdziwy przebieg już nie odpowiadał ambicjom władców Tenochtitlanu ani też zdobywającej coraz większe znaczenie w społeczności miasta-państwa, elicie militarnej i sakralnej. W tych kodeksach:

"przechowywana była historia.
Ale wówczas została spalona (...)
Panowie meksykańscy orzekli:
«Nie uchodzi, aby cały lud
znał malowidła (...)»".

Od tego momentu, to jest od czasu spalenia niewygodnych źródeł, Aztekowie zaczęli świadomie manipulować własną historią i całą swoją polityką, zmierzając do zajęcia dominującej pozycji wśród ludów Wyżyny i do wysunięcia na pierwsze miejsce w panteonie bóstw boga Huitzilopochtli, który przewodził ich wędrówce, a początkowo był niewiele znaczącym bóstwem plemiennym, usuniętym w cień przez czołowych bogów biorących udział w tworzeniu kolejnych Słońc – to jest Quetzalcoatla i Tezcatlipoki. W tym dążeniu do promowania, jeśli tak można określić, Huitzilopochtli, główna inicjatywa także przypadła Tlacaelowi, który, jak podaje jedna z relacji, "zawsze przekonywał Meksykanów, że ich bogiem był Huitzilopochtli".

Zewnętrznym wyrazem owych celowo podejmowanych usiłowań podnoszenia pozycji i rangi Azteków oraz czczonych przez nich bóstw było, między innymi, podkreślanie powiązań z Toltekami, których kultura nadal uważana była za szczytowe osiągnięcie, zwłaszcza w dziedzinie sztuki i umiejętności „mechanicznych”, według określenia Sahaguna, a także – wprowadzenie do kręgu bogów-stwórców, własnych bóstw, przede wszystkim Huitzilopochtli, boga słońca, wojny i patrona wojowników.

Maria Frankowska, Mitologia Azteków, 1987

13.10.09

"Zając i zmierzch"

- Zając chciałby z nami pozmierzchać.
- Niech zmierzcha – zgodził się Jeżyk i wyniósł na ganek jeszcze jeden wiklinowy fotel.
- Czy można? – spytał Zając, który czekał przed domem na wynik rozmowy.
- Wchodź – powiedział Jeżyk.
Zając wszedł po schodkach i teraz starannie wycierał łapy.
- Jeszcze, jeszcze! – zachęcał Miś. – Jeżyk lubi porządek.
- Czy mogę usiąść? – spytał Zając.
- Siadaj – powiedział Miś. On i Jeżyk też usadowili się w fotelach.
- A jak będziemy zmierzchać? – zainteresował się Zając.
Jeżyk milczał.
- Będziemy siedzieć o zmierzchu i milczeć – wyjaśnił Miś.
- A można rozmawiać? – dopytywał się Zając.
Jeżyk nadal milczał.
- Mów – powiedział Niedźwiadek.
- Ja zmierzcham pierwszy raz – wyjaśniał Zając – dlatego nie znam zasad. Nie gniewajcie się na mnie, dobrze?
- Nie gniewamy się – odezwał się Jeżyk.
- Jak tylko się dowiedziałem, że zmierzchacie, specjalnie kręciłem się koło twego domu, Jeżyku, i obserwowałem was. Stamtąd, spod tamtego krzaka. No – myślałem – ale oni sobie fajnie zmierzchają. Gdybym ja tak mógł. Potem wróciłem do domu, ściągnąłem ze strychu stary fotel, usiadłem i siedzę…
- I co? – zapytał Miś.
- I nic. Zrobiło się po prostu ciemno – powiedział Zając. – Nie – myślę sobie – to nie takie proste, nie wystarczy siedzieć i czekać. Coś w tym musi być. Poproszę – myślę sobie – Jeżyka i Misia, żeby pozwolili mi pozmierzchać ze sobą. Może się zgodzą?
- Uhm! – powiedział Niedźwiadek.
- Czy już zaczęliśmy zmierzchać? – dopytywał się Zając.
Jeżyk patrzył na zapadający Zmierzch, na mgłę zasnuwającą dolinki i właściwie nie słyszał Zająca.
- Czy zmierzchając można śpiewać? – zastanawiał się Zając.
Jeżyk milczał.
- Śpiewaj – powiedział Miś.
- Ale co?
Nikt mu nie odpowiedział.
- Może coś wesołego? Zaśpiewam coś wesołego, bo tak jakoś nieswojo się zrobiło.
- Śpiewaj – powtórzył Niedźwiadek.
„La – la! La – la!” – wydzierał się Zając, a Jeżyka ogarnął smutek.
Niedźwiadek czuł się okropnie. Nie dość, że ściągnął tu Zająca i ten plecie, co mu ślina na język przyniesie, to jeszcze na dodatek drze się wniebogłosy. Ponieważ nie wiedział, co ma zrobić – zawył wraz z Zającem
„La – la! Li – li!” – wydarł się Miś.
„La – la! La – la!” – wyśpiewywał Zając.
Zmierzch pogłębiał się, a Jeżyk cierpiał coraz bardziej.
- Pomilczmy trochę, co? – powiedział. – Posłuchajcie, jak cicho.
Zając i Niedźwiadek umilkli i zaczęli nasłuchiwać. Nad polaną, nad lasem płynęła jesienna cisza.
- A co będziemy teraz robić? – dopytywał się szeptem Zając.
- Ćśś! – powiedział Miś
- To już zmierzchamy? – upewnił się Zając.
Niedźwiadek kiwnął głową.
- Więc będziemy milczeć aż do zmroku?
Zapadła ciemność. Ponad czubkami świerków płynął księżyc, złoty jak cząstka pomarańczy. Widok ten sprawił, że Jeżykowi i Misiowi zrobiło się jakby cieplej. I obydwaj poczuli, że w ciemności uśmiechają się do siebie.

Siergiej Kozłow, Ostatnia jesienna piosenka, tłum. Anna Kowalska


Wpis sponsorowany przez nadciągające załamanie pogody.

11.10.09

Gdyby Jerzy III nie był uczciwym durniem...

(...) Gdy panuje przekonanie, że dobrobyt plemienia zależny jest od tych magicznych obrządków, czarownik uzyskuje stanowisko bardzo wpływowe i szanowane i może łatwo zdobyć autorytet i władzę wodza lub króla. Nic więc dziwnego, że zawód ten przyciąga najzdolniejszych i najbardziej ambitnych członków plemienia, ponieważ kryją się w nim perspektywy zaszczytów, majątków i władzy, jakich żadna inna kariera dać nie może. Bystrzejsze umysły rozumieją, jak łatwo można oszukać swych słabszych braci i wygrywać ich przesądy dla własnych korzyści. (...) Wiele niebezpieczeństw czyha na zawodowego czarownika i tylko obdarzeni najbardziej zimną krwią i największym sprytem potrafią ich uniknąć. Należy bowiem pamiętać, że wszystkie bez wyjątku uroszczenia czarownika są fałszywe. Żadne z nich nie da się utrzymać bez oszustwa, świadomego czy nieświadomego. Tak więc czarownik szczerze wierzący w swoje możliwości jest narażony na znacznie większe niebezpieczeństwa i łatwiej może się potknąć w karierze aniżeli świadomy oszust. (...)

Rezultat jest taki, że na tym szczeblu rozwoju społecznego władza najwyższa wpada zazwyczaj w ręce ludzi obdarzonych największą inteligencją, ale pozbawionych jakichkolwiek skrupułów. Gdybyśmy mogli zestawić szkody wyrządzone przez ich nieuczciwość z pożytkiem, jaki przynosi ich niezwykły spryt, stwierdzilibyśmy prawdopodobnie, że więcej znacznie czynią dobrego aniżeli złego. Jest bowiem rzeczą wielce prawdopodobną, że więcej szkody wyrządzili światu uczciwi głupcy na wysokich stanowiskach aniżeli inteligentne kanalie. Gdy bowiem bystry łotr osiagnie szczyt swych marzeń i żadnych już osobistych ambicji przed sobą nie ma, wówczas może, i zazwyczaj tak właśnie postępuje, zdolności swe, talenty i doświadczenie poświęcić społeczeństwu. (...) Ale głupiec zawsze głupcem pozostanie i im większą władzę posiądzie, tym bardziej katastrofalna może się ona okazać w jego rękach.
James Frazer, Złota Gałąź (oryg. The Golden Bough, pierwsze wyd. 1890)
wytłuszczenie moje

26.9.09

O rozluźnieniu w jodze

(...) Gdy trwasz rozciągnięty w pozycji, zwróć uwagę również na oczy. Napięcie w oczach oddziałuje także na mózg. Jeśli oczy są nieruchome i wyciszone, mózg jest nieporuszony i bierny. Mózg jest w stanie uczyć się tylko wtedy, gdy zacznie się rozluźniać. (...) Zaciśnięcie oczu zatrzaskuje mózg i powiększa stres. Gdy oczy rozszerzają się i otwierają, mózg jest wyostrzony i chłonny. (...) Jeśli oczy napinają się, to mózg, nie ciało, wykonuje asanę. (...) Patrząc, rozluźnij oczy, w przeciwnym razie tracisz mnóstwo energii.

Oczy powinny być miękkie i zapadnięte w głąb. Podczas praktyki utrzymuj oczy otwarte i rozluźnione, a jednocześnie “spoglądające do tyłu”. To “patrzenie do tyłu” nauczy oczy zaglądać do wewnątrz i pozwoli ci na obserwację ciała i mózgu. (...)

Kiedy kierujemy oczy do przodu, patrząc na wprost od rogu skroni w normalnym polu widzenia, wtedy pracuje przednia część mózgu, dokonując analizy (vitarka). Lecz gdy rozszerzymy świadomość wzrokową zaczynając od tylnego rogu skroni, tuż przy uchu, rolę zaczyna odgrywać tylna część mózgu dokonując syntezy (vicara). (...)

Jeśli podczas pracy w asanie, akcja wypływa jedynie z przedniej części mózgu, zostaje zablokowana refleksyjna akcja tylnej części mózgu. Forma każdej asany musi znaleźć swe odbicie w ciele mądrości (vijnanamaya kośa); można wtedy dokonać korekty i poprawić ustawienie. Gdy asana wykonywana jest mechanicznie przednią częścią mózgu, czuje się akcję jedynie na obrzeżach ciała. Nie ma wtedy żadnych wewnętrznych doznań, nie ma blasku wewnętrznego światła. Jeśli natomiast wykonuje się asanę z ciągłym odniesieniem do tylnego mózgu, to każdej akcji towaryszy reakcja i pojawia się wrażliwość. (...)

B.K.S. Iyengar, Joga światłem życia, tłum. Anna Klajs

29.8.09

Ulica Krokodyli

Pytanie - czy mając bliźniaka można być normalnym? Czy widoczny duplikat w naturalny sposób nie uzewnętrznia własnej schizofrenii? Czy objawy obłędu nie są czymś bliskim w takim przypadku? Bracia Quay - szaleńcy, bliźniacy, artyści, filmowcy. Rocznik '47. Urodzeni w Ameryce jak najszybciej uciekają z niej, by osiąść w Londynie. Quay X 2 - urodzeni z piętnem dualizmu, harmonii, cztery ręce, cztery nogi, dwie głowy. Ich rzeczywistość w naturalny sposób musi odbiegać od przyjętych norm. Artyści pozbawieni współczesnego piętna pragnienia bycia pop. Gdzieś na obrzeżach kultury od prawie trzydziestu lat realizują swoje nieokiełznane obrazy.

Bo filmy braci Quay to po prostu ruchome zdjęcia, klasyczne animacje z wykorzystaniem bezdusznych lalek. Opętanych postaci próbujący się przeciwstawiać odgórnemu prawu otaczającego ich świata. Dekonstrukcję otaczającej rzeczywistości. Świat, w którym wszystko jest jedyne w swoim rodzaju, świat pełen niepowtarzalnych struktur. Dynamicznych, nieopisanych, rozbitych, rozciągniętych, poszarpanych. Quay, Quay owładnięci piętnem niemieckiego ekspresjonizmu, surrealizmu, nurtów awangardowych. Spadkobiercy Franza Kafki, Bruno Schulza, Jana Svankmajera czy Jorge Luisa Borgesa. Bogowie klaustrofobicznego świata materii. Sztukmistrze antropomorficznej skorupy.

Marcin Bałczewski na stronie Puzdra Krytycznego


znalezione na (porzuconym, niestety) blogu Animation and Film Reviews

Muzykę skomponował Lech Jankowski (jeszcze przed powstaniem obrazu).

22.8.09

Nie wszystkie bajki kończą się dobrze

W niniejszym tomiku Bohdan Butenko zebrał niezwykle niegdyś popularne wierszyki dydaktyczne. Acz w nietypowej, bo parodystycznej postaci. Opowiastki o urwisach i nicponiach, gdzie wszelkie psoty i niegrzeczności – ku przestrodze, a także ku nauce – nie mogą ujść płazem, zachwycają czarnym humorem połączonym z makabreską i odrobiną absurdu.

"O Juleczku, co miał zwyczaj ssać palec":






Kto chce więcej, znalazłam też "Utoniętego Zyzia".